Nowe życie komody - vintage z miętą

komoda, swarzędz, vintage, lakierobejca



Pamiętacie meble na wysoki połysk? Kto ich nie pamięta! Przecież stały w prawie każdym salonie... tfu! Dużym pokoju! 😂 A kto z Was nie słyszał chociaż raz o tych gigantycznych kolejkach, w których stało się dniami i nocami, na zmianę, by nabyć komplet, który właśnie miał przyjść do sklepu meblowego! Nie ważne jaki, ważne by był jakikolwiek... To były czasy! Dzisiaj mebli mamy pod dostatkiem, do wyboru do koloru. A właściwie, to można by się pokusić o stwierdzenie, że wystarczyłby tylko jeden kolor - biały. No, może z jakimiś elementami naturalnego koloru drewna.  Sama przez pewien moment myślałam, że białe meble to jest absolutny must have i bez nich po prostu nie ma szans by mieć fajne wnętrze. Myślałam, że mając białe meble będę jakaś taka... szczęśliwsza, że będę się w takich jasnościach czuła lepiej, wszystko będzie bardziej spójne i uporządkowane (tak, w zasadzie nawet porządek robiłby się sam w takich wnętrzach 😉). Przerobiłam sobie meble na biało i co? I zrobiło się zbyt biało. Poczułam się tak jakoś mało komfortowo, choć rzeczywiście lepiej niż w dawnych, pokrytych orzechową okleiną. Czegoś mi jednak brakuje, brakuje mi... duszy w tych meblach. Brakuje mi charakteru, tego "czegoś". Tak, meble, kolory i wszystko inne czym się otaczamy powinno mieć to "coś", bo inaczej jest nam wśród nich po prostu... nijak. Początkowo jest zachwyt, bo wszystko jest takie modne i na czasie. Później gdy wnętrze nam się już "opatrzy" zaczynamy czuć, że czegoś nam w nich brak. Nie macie takiego uczucia? No dobra, tyle jeśli chodzi o wstępne mądrości. 😉


Dzisiaj będzie o komodzie z lat... 60? 70? Coś w tym guście. Przygarnęłam takie w ilości trzech, w nadziei, że zrobię z nich coś fajnego i "z duszą". Komódki ze Swarzędza, wytworne i na bardzo wysoki połysk, wykończone złotymi okuciami i grubą warstwą politury. Dziś pokażę Wam, co zrobiłam z jedną z nich.







Jak widać na powyższym zdjęciu, komódka przedstawia się dość elegancko, ale ma liczne uszkodzenia politury, no i jest po prostu, co tu dużo mówić, trochę passé. W mojej głowie powstał jednak szybko wstępny plan, jak ją ugryźć, rozgryźć i cieszyć się nią i jej widokiem. Mebel w całości drewniany, zrobiony porządnie, choć niektóre szuflady chodzą bardzo opornie... Politura nadaje fornirowi głębi i sprawia wrażenie, jakby komoda była oszklona. Mimo, że generalnie taki efekt pięknie się prezentuje sam w sobie, totalnie nie wpasowywał się w resztę otoczenia. Z bólem serca musiałam pozbyć się politury i wybrać wykończenie z lakierobejcy.
Zgodnie ze sztuką renowacji mebli, politurę należałoby rozpuścić i usunąć specjalnym rozpuszczalnikiem i stalową wełną. Ja jednak nie miałam do tego cierpliwości i wybrałam drogę na skróty, tym bardziej, że wiedziałam, że ponownie politury nakładać nie będę. Jak się pewnie domyślasz, wybrałam papier ścierny. Wybrałam papier ścierny o bardzo drobnej gramaturze po to, by nie uszkodzić powierzchni brzydkimi i głębokimi rysami. Zeszlifowanie w takim wypadku musi się odbyć bardzo delikatnie i w jednym kierunku. Trzeba pamiętać też o tym, by nie uszkodzić warstwy forniru. Oczywiście do samego forniru nie dojechałam, ale dość mocno zmatowiłam powierzchnię, dzięki czemu fornir mógł dobrze przyjąć lakierobejcę.

Poniższe szuflady wyglądają na lekko zmasakrowane, ale w tym przypadku to nie miało zbyt dużego znaczenia. Miałoby, gdybym chciała bejcować środkiem bez lakieru - wtedy rysy na pewno byłyby widoczne, dlatego w takim przypadku zdecydowanie polecam nie iść na skróty, tylko zaprzyjaźnić się z rozpuszczalnikiem i cierpliwie zrobić to jak należy. Po starciu (a raczej zmatowieniu politury) zdobienia szuflad pomalowałam nieregularne złotą patyną...




... żeby następnie (po wyschnięciu, a wcześniej, dokładnym oczyszczeniu z pyłu całej powierzchni) zamalować fronty szufladek lakierobejcą. Wybrałam produkty firmy Sadolin, z serii Dekor. Fronty pomalowałam kolorem Jasna Mięta (choć tak naprawdę kolor wpada bardziej w niebieski). Musiałam nałożyć kilka warstw, aby ciemny fornir nie prześwitywał spod nowego koloru. Po wyschnięciu każdej warstwy przecierałam fronty bardzo drobnym papierem ściernym (powyżej 200), oczyszczałam wilgotną i suchą ściereczką i nakładałam kolejna warstwę aż do osiągnięcia satysfakcjonującego mnie poziomu krycia. Lakierobejcę nakładałam pędzlem i gąbką, starając się, aby ślady pociągnięć były jak najmniej widoczne i regularne. Gdy fronty dobrze wyschły, papierem ściernym starłam lekko zdobienia, by wydobyć złote przetarcia.






Tym samym kolorem pomalowałam też blat szafki. Z kolei boki pozostawiłam ciemne, zabezpieczając je lakierobejcą z tej samej serii, tyle że w kolorze Tek. Z racji tego, że ten odcień był oczywiście dużo jaśniejszy niż fornir, boki pozostały ciemne, ale w jaśniejszych miejscach słoje zyskały słoneczne refleksy. W celu ożywienia komody, postanowiłam zrobić złotawą obwódkę wokół szuflad. Pomalowałam ją oczywiście złota patyną, po czym nałożyłam warstwę lakierobejcy, dzięki czemu zyskała ona bardziej miedziany odcień.






Gdy wszystko dobrze wyschło i już się nie kleiło, zamontowałam złote uchwyty szuflad, które dobrze grają z przecieranymi zdobieniami i miedzianą obwódką. I chcąc nie chcąc, uzyskałam taki efekt.










I jest. Taka niby zwykła komoda, trochę barokowa, ale już z innym charakterem. Nie do końca doskonała, może nawet trochę dziwna, ale moja i w kolorach, które lubię. I to właśnie lubię. Jest historia, jest własny trud, jest pomysł, jest kolor.  jest dusza! 😄 A może według Was zrobiłam coś strasznego, niszcząc tamten lśniący mebel (choć i tak był trochę zniszczony...) ?!

P.S. Wcześniej zrobiłam taką sama, ale w wersji prowansalskiej - kość słoniowa i przetarcia. Tak jednak podoba mi się dużo bardziej, jest mniej banalna i ma charakter!



Do następnego!

A.

Komentarze

Ulubione posty

Popularne posty